Szczep im. Romualda Traugutta

Aktualności:

Był taki obóz… Nasiczne 1971

Poniżej relacja z obozu, który został zorganizowany w roku 1971. Był to obóz szczególny, bo ostatni przed “odkryciem” Polany w Strużnicy. Autorem relacji jest phm. Ryszard Kowski, w Trauguttcie od ponad 50 lat, pełniący funkcję m.in. zastępcy komendanta szczepu. Zachęcamy do czytania, komentowania i wysyłania fotografii, co może przełoży się na kolejne odcinki cyklu!

Obóz szczepu (drużyny 3 i 8 ŁDH) w 1970 roku w Stegnie był obozem samodzielnym. Wymagał ogromu wysiłku organizacyjnego i logistycznego. Hufiec zaś szukał miejsca na obozy stałe, na wiele lat. Wybór padł na Nasiczne w Bieszczadach. Praktycznie bez dojazdu ciężkimi samochodami, nie mówiąc już o PKSach, które dowiozły by uczestników. Sprzęt obozowy dostarczono do Nasicznego partiami. Na samą polanę można było przejechać brodem, którym normalnie przepędzano bydło i konie na wypas (były one częstymi gośćmi miedzy namiotami podczas obozu).

Zgrupowanie Hufca Łódź Polesie, którego komendantem został Janusz Boisse, składało się z 2 podobozów: podobóz Traugutta o nazwie Jawornik – komendantem był Andrzej Pawłowski, i pozostałych drużyn starszoharcerskich hufca – Zasanie, z komendantem Grzesiem Zytką.

Wędrówki po pustych jeszcze wtedy i trudno dostępnych (jak widać na zdjęciu „mostka” do Berehów) Bieszczadach, kontakty z niesamowitymi mieszkańcami (Józek Marciniszyn, Kijak, Abi Grek…), spotykanymi na szlakach wędrowcami i oryginałami (Śledź z UJ z wykładami o teorii imaginacji w Chatce Puchatka na Połoninie Wetlińskiej – to wszystko zostawiło po sobie niezatarte do dziś wspomnienia. I niezbywalną tęsknotę za powrotami w tamte rejony.

Na początek tylko dwie anegdotki z tego obozu:

Instruktorzy dbali o nabywanie umiejętności potrzebnych w trudnych warunkach. Zaplanowali zatem szkolenie z samarytanki z pozoracjami. Każdy wziął jeden zastęp i ruszył na spacer po okolicznych górach. Wszystkim przydarzyły się kontuzje i problemy zdrowotne. A to któryś zemdlał, a to skręcił nogę lub poobijał się zjeżdżając po kamienistym stoku… Jeden z nich zadbał o szczególny realizm: zakuł się nożem w dwóch miejscach na łydce i wyskoczył z gąszczy krzycząc, że ugryzła go żmija! Dziewczęta rzuciły się ratować nieszczęśnika (musiał się bronić przed wycięciem ukąszonego mięśnia), a jedna z nich pognała pędem do wsi – nie było szans jej zatrzymać! Dopadła pierwszego napotkanego człowieka wywrzaskując komunikat o wypadku. Józek Marciniszyn grabił z rodziną siano, szła burza, trzeba się było spieszyć. Ale tylko zapytał harcerkę gdzie to się stało, złapał nóż, wskoczył na oklep na konia i pognał ratować nieszczęśnika! Jakież było jego zdumienie, gdy zobaczył, że niedoszły nieboszczyk schodzi spokojnie z gór wesoło gadając z druhenkami! Cóż, trzeba było wszystko wyjaśniać, przepraszać, i… pomóc przy sianie! Zaprzyjaźnił się z nami i był częstym gościem na obozie, tym bardzie, że mieszkał zaraz za potokiem i drogą. Ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy kim jest Józek Marciniszyn!

Po paru dniach z błyskiem w oku powiedział: postawcie dobre warty, będę was dziś w nocy podchodził! No!!! Warty stanęły jak na szańcach Zbaraża. Wyposażone w odpowiednie narzędzia perswazyjne… Noc minęła bez większych zakłóceń. Wszyscy byli dumni, póki się nie rozwidniło! W potoku, zamiast baniek z mlekiem i śmietaną spał sobie smacznie, wsparłszy wdzięcznie głowę na kamieniu Józek, a w centralnej wartowni, na środku spoczywała sobie wielka… kupa z kartą na szczycie, na której było napisane „Pozdrowienia od Józka”. Przyjaźniliśmy się potem wiele, wiele lat. Często go odwiedzałem, mieszkałem na strychu jego chałupy dwa tygodnie podróży poślubnej… Parę lat po naszym obozie Józek spłatał „malutkiego psikusa” harcerzom z Gdańska, którzy do dziś mają tam stanicę. Wtedy byli po raz pierwszy. Józek, wraz ze swoim kumplem Edkiem ubrali się w baranice kłakami do wierzchu, na głowy założyli papachy z tryzubem, wciskając je mocno na oczy, spod strzech wyciągnęli trzymane od wojny niemieckie szmajsery i o zmroku zeszli do obozu od najbardziej stromego zbocza, pytając łamanym ukraińsko-polskim czy we wsi są ruskie! Taki był Józek. Teraz śpi sobie na zboczu, za kościółkiem w Dwerniku, mając cudny widok na Otryt…

Był to ostatni obóz, podczas którego w niektórych namiotach były prycze, a spało się na siennikach. Wspomnień jeszcze wiele – ale o tym w następnych odcinkach. Cdn…

Autor tekstu, na zdjęciu z hm. Januszem Boisse, ostrzący sobie zęby na kolejne teksty!

2015 Szczep im. Romualda Traugutta